Bądź ostrożny, kiedy pochłonięty swoimi sprawami stoisz nad brzegiem rzeki. Możesz zostać wbryknięty do wody. Kłapouchy .
RSS
niedziela, 17 października 2010

- To niesprawiedliwe! - krzyczałam, wracając ze szkoły jako mała dziewczynka, kiedy stało się coś, co mnie oburzało.
- Sprawiedliwości szukaj w słowniku pod literą "s". Gdzie indziej jej nie znajdziesz - powtarzał zawsze w takich sytuacjach mój Tata.
Ale ja jako dziecko jeszcze nie pojmowałam, że świat rzeczywisty często ma się nijak do idei. Rodzice zawsze wychowywali mnie w poczuciu sprawiedliwości, dlatego zachowanie innych zawsze było dla mnie niezrozumiałe, często bolesne.

Dziś już nie krzyczę, że to niesprawiedliwe. Dziś już o tym wiem. I kiedy ktoś z dorosłych skarży się na niesprawiedliwość, dziwię się. Bo czy nie poznali na tyle świata, żeby się z tą niesprawiedliwością oswoić? A może to ja jestem już stara, zgrzybiała i nie ma we mnie tego zdrowego, szczerego dziecka, które gniewało się na zły świat?

A jednak wciąż kieruję się, a przynajmniej się staram kierować, zasadą sprawiedliwości. I uczę moje dzieci, aby były sprawiedliwe. I w każdej sytuacji problemowej pytam sama siebie: jak będzie najsprawiedliwiej? Bo z dobrego wychowania nie wyrasta się tak jak z dziecięcych spodni. W dobrym wychowaniu zapuszcza się korzenie. I wciąż się z tych korzeni soki czerpie. Jestem sprawiedliwa? Nie mnie to osądzać. Staram się jednak o sprawiedliwości pamiętać w życiu. Dziękuję, Mamo i Tato!

15:33, panisum
Link Komentarze (1) »
wtorek, 05 października 2010

... to wielka sztuka. Rzadko kto ją do końca opanował.

Widziałam dziś zwycięzców i przegranych. O zwycięzcach... mówić nie trzeba, bo wiadomo, jak to jest być zwycięzcą. Każdy z nas przecież kiedyś w czymś tam był zwycięzcą.

Za to przegrani... socjologiczny temat - rzeka. Do przegrywania trzeba dojrzeć. Ale też przegrywania trzeba uczyć. Od dziecka. Kiedy mama gra z dzieckiem w bierki i daje mu wygrywać... uczy oszustwa. Nie chodzi o to, żeby dziecko pogrążyć, ale o to, żeby poznało gorycz porażki. Żeby umiało przełknąć gorzką świadomość przegranej i żeby potrafiło z tej lekcji wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Widziałam dziś przegranych. Nikt nie chciał poczuwać się do odpowiedzialności za porażkę. Jeden zrzucał winę na drugiego. Tylko ten, któremu najbardziej się dostało, odszedł ze spuszczoną głową w poczuciu, że do niczego się nie nadaje, że jest zły i beznadziejny. A przecież to nieprawda. Przecież najlepsi, mistrzowie są mistrzami właśnie dlatego, że czasami przegrywali i swój pomnik zwycięstwa nieraz budowali na porażkach i upadkach. Przecież to nieprawda, że jedna przegrana jest końcem świata. Nawet dziesięć przegranych nie oznacza nic okropnego. Kiedy nie wygrywam, to się czegoś uczę. Może tego, że to nie moja branża? Nie moja dyscyplina? Nie mój świat i muszę poszukać siebie gdzieś indziej?

Umieć wyciągać wnioski z porażek to droga do sukcesu. Umieć cieszyć się zwycięstwem przeciwnika i traktować przegraną jako motywację, jako kop do dalszego działania to jest mistrzostwo.

Bo tylko mistrzowie, tylko najlepsi... potrafią przegrywać.

18:28, panisum
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 października 2010

Pan P. zebrał ludzi do Sali Kongresowej i do nich mówił. Co mówił? To, co chcieli usłyszeć. Niektórzy takich panów nazywają populistami. Ja nazywam pop-ulicami. To ktoś, kto głosi "pop"ularne na "ulicy" hasła. Wtedy ludzie myślą: "wreszcie jest ktoś, kto myśli tak jak my" i takim panom przyklaskują. Tak się robi partie. Potem Pan P. (przy hurraoptymistycznym założeniu, że wygra jakieś wybory) zwoła jeszcze jeden kongres, żeby powiedzieć, że "wola jest, ale możliwości brak". I znów pojawi się jakiś pan pop-ulica, który zbierze społeczne niezadowolenie, powie, że ludzi rozumie i założy kolejną partię budowaną na oczekiwaniach ulicy. I tak w kółko.

Kto jeszcze w to wierzy? Kto daje się nabrać na obiecanki - cacanki?

Ja nie chcę słyszeć obietnic, zapewnień i bajek o gruszkach na wierzbie. Ja chcę usłyszeć, że będzie ciężko, że czeka nas dużo pracy, że kokosów nie będzie, że nasz dom może będzie biedny, ale czysty. Że nie będzie już brudów, niejasności, ciemnych interesów. Że będzie bezpiecznie, choć pod górkę. To właśnie chciałabym usłyszeć. To chyba byłoby najbliższe prawdy.

Na obietnice reaguję alergią. W to, że ktoś rozumie prawdziwe potrzeby Polaków, dawno przestałam wierzyć. Szczególnie jak to mówi ktoś, kto... zarabia miliony.

Na razie mam wrażenie, że tak naprawdę każdy pięknymi słowami próbuje okryć tę starą prawdę: "Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy krok do przodu".

20:46, panisum
Link Dodaj komentarz »
sobota, 02 października 2010

Kocham takie soboty, które są długie. Kiedy wystarczająco się wyśpię, zdążę posprzątać, zrobić coś przy aucie, wybrać się na udane zakupy, ugotować obiad, pojeździć na rowerze, poczytać książkę, wziąć aromatyczną kąpiel, pozaglądać na ulubione strony w necie, pogadać z bliskimi, spotkać się z przyjaciółmi, obejrzeć dobry film.

Dziś jest taka sobota. I niech sobie trwa :)

15:16, panisum
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 października 2010

Kapitalnie jest wiedzieć i czuć, że jest się lubianym. Świetnie jest mieć dużo znajomych, kumpli, trochę przyjaciół... 
Ale cudownie też jest mieć szefa, który cię lubi, który przychodzi ci z pomocą, kiedy tylko potrzebujesz. Takiego, który powie: "możesz iść do domu jak chcesz" i nie wypomni tego, ale nawet zmotywuje wyższą premią za dobrą, rzetelną pracę.

Mam takie szczęście w życiu. Poza fantastycznymi bliższymi i dalszymi znajomymi mam niesamowitego szefa. To dzięki niemu mogłam być w domu dziś już po trzynastej. Całe dwie godziny wcześniej! A niedawno pozwolił mi wyjść nawet przed dwunastą! Normalnie żyć, nie umierać!

I myślę sobie, że właśnie dostałam najlepszą motywację do solidnej, sumiennej pracy. Będę się starać, będę się wysilać, bo widzę, że warto. I obym nie musiała zmieniać tej pracy, którą mam. Byle do emerytury! :)

22:23, panisum
Link Komentarze (1) »

Ach, jakże chętnie wróciłabym do akademickich auli, sal, ław...
Chciałabym znów poczuć głód... wiedzy i mimo skrętów żołądka zamiast obiadu kupić kolejną książkę. Zjadałabym pewnie... zapiekankę, a pod koniec miesiąca to i kromkę chleba z masłem.

Moje studenckie życie było wolne od alkoholu. Tak, tak... wtedy miałam postanowienie, że wygram z pokusami. I wygrałam. Nie piłam przez całe studia nawet grama alkoholu! Byłam święta? Nie. Pamiętam te całonocne imprezy z okazji rozpoczętej sesji, zakończonej sesji, urodzin, imienin, rocznicy zamieszkania w akademiku, dnia dziecka, dnia kobiet, dnia chłopaka, dnia babci, z okazji bez okazji... Ale udawało mi się zaoszczędzić na piciu.

Przypomina mi się taki czas, kiedy nałogowo jadłam jabłka, marchewkę i seler. Chodziłam na Kleparz, żeby kupić najpiękniejsze owoce, warzywa i obładowana jak baba z warzywniaka biegłam na zajęcia. W pokoju u nas zawsze pachniało surówkami.

I pamiętam te słotne wieczory spędzane w czytelniach. Kiedy tam było ciemno, cicho, lampy przy stolikach dawały taki uroczy nastrój, a za oknem plucha, zimno... Wychodzić się nie chciało. Świat jak z bajki wycięty.

I prace semestralne pisane: stuk puk, stuk puk - na maszynie. I notatki dla koleżanek i kolegów pisane przez kalkę.

A potem pierwszy komputer, który miał służyć za maszynę do napisania pracy magisterskiej. I pierwszą utratę danych, bo zapomniałam zapisywać pracy na dyskietkę. I internet z modemem wraz z uroczym piiiip piiiiiiiiiiiiip piiip..., kiedy następowało łączenie. I noce spędzane w pokojach, na holach, w kuchniach, na korytarzach, a tam rozmowy... o prawie moralnym, o wielkich i małych filozofach, o transcendencji, immanencji, nasze wspólne analizy transakcyjne i cała masa rzeczy, o których dotychczas nie miałam pojęcia, a o których dowiadywałam się dzięki studentom matematyki, fizyki, japonistyki...

 

Niedawno poszłam na studia. Takie krótkie, podyplomowe. I ze smutkiem stwierdziłam, że to już nie to samo. Na każdym zaułku punkt ksero, w aulach projektory zamiast rzutników, profesorzy chodzą z laptopami, zresztą studenci też. I nikt już nie gra w kółko krzyżyk ani w piłkarzyki na kartce podczas zajęć. Teraz studenci przeglądają facebooka albo dodają zdjęcia na nk.

Gdzie się podziały tamte studia?

17:21, panisum
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 września 2010

Twardym trzeba być, córuś, nie miętkim.

Jak ty będziesz miętka, to ludzie to wyczują, córuś. Zniszczą cię.

Ty nie płacz, córuś. Nie można. Ludzie lubią, jak ktoś płacze, bo widzą, że jest słaby. Wykorzystają cię. A nie daj się wykorzystać. Nawet jak będziesz chciała płakać, to zaciśnij zęby, przełknij łzy i głowa do góry! Udawaj, że jesteś twarda. Taki mus, córuś, taki świat.

Świat cię nie pokocha, córuś. Świat jest zły. Ty też musisz być zła. Nie pokazuj, że się wzruszasz, nie pokazuj, żeś słaba. A poddawać też się nie możesz. Bo w życiu chodzi o to, kto jest silniejszy, kto twardszy. Słabizny nie mają szans, córuś.

Czasami będzie ci źle i będziesz chciała to wszystko rzucić. Ale nie rzucaj, córuś, nie rzucaj. Idź gdzieś w kąt, wypłacz się, umyj twarz i wracaj do gry! Nie maż się! Możesz się tacie w rękaw wypłakać, ale nie użalaj się nad sobą. Weź się za bary z życiem.

Córuś, ja nie wiem, co to z tobą będzie. Bo tyś taka delikatna jest, wiesz? Gdybyś ty chłopakiem była, to by ci łatwiej w życiu było. Ale nie bój się. Tata ci pomoże. Tata ci pokaże, jak walczyć ze światem. I wygrasz, córuś. Zobaczysz, wygrasz. Bo trzeba być twardym, a nie miętkim...

23:47, panisum
Link Dodaj komentarz »

Jest taka modlitwa, którymi posługują się alkoholicy wychodzący z nałogu:

Boże, użycz mi pogody ducha,
ażebym godził się z tym, czego zmienić nie mogę;
odwagi, abym zmieniał to, co jestem w stanie
i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.

Kapitalny tekst. Tylko jak zrobić, żeby uwierzyć w moc tej modlitwy i wcielić to w życie?

Ech, życie to jednak wyższa szkoła jazdy...

22:20, panisum
Link Komentarze (1) »

No i zrobił się szum wokół "produktów przeznaczonych dla osób pełnoletnich, wyłącznie do celów badawczych, edukacyjnych lub kolekcjonerskich, produktów nie przeznaczonych do spożycia lub jakiejkolwiek innej formy stosowania wewnętrznego lub zewnętrznego".

Ostatnio nie ma dnia, żeby ktoś gdzieś nie został przewieziony do szpitala po eksperymentowaniu z tymi środkami. Moja koleżanka zapytała ostatnio młodych, pełnoletnich ludzi, czy próbowali już dopalaczy. Na ośmiu pytanych twierdząco odpowiedziało siedmioro. Wymieniają sklepy, osoby, u których można kupić dopalacze. I nie widzą w tym nic złego, bo przecież to legalne, dozwolone. Przecież to nie narkotyk. Nie wiem, czy wierzą w to, co mówią.

Sama miałam do czynienia ze sprzedawcą, któremu udowodniłam, że zarabiał na nieletnich. Godzinę po rozmowie z nim, zwinął swój stragan. Pewnie z bólem, bo w miasteczku nadmorskim pan miał niezły zbyt. Pewnie poszukał innego rynku, innego miasta, gdzie jego towar schodził jak ciepłe bułeczki.

A przecież dopalacze to nie jest problem ostatnich kilku dni czy tygodni. Proceder trwa od lat. Skąd więc teraz nagle zrobiło się głośno? Skąd teraz tyle zatruć? 
Może zatruć nie jest więcej, ale więcej się o tym mówi w mediach. I nastolatkowie - młodzi badacze świata - chcą sprawdzić, czy to rzeczywiście działa. I czy tak działa. Winne media? Z pewnością poniekąd. Ale winni ci ustawodawcy, którzy słyszą, co się dzieje i nie reagują! Winni rodzice, wychowawcy, nauczyciele, którzy nie rozmawiają, nie ostrzegają, nie przekonują, że nie tędy droga! Winny każdy, kto nie widzi w dopalaczach problemu i każdy, który z zatruć robi tanią sensację, niepotrzebnie nagłaśnia sprawę i zamiast ostrzegać, robi reklamę "produktom kolekcjonerskim".

Jestem przerażona. Świat staje na głowie. Czarne nazywa się białym. Młodzi zamiast być coraz bardziej wyedukowani, stają się coraz łatwiejsi, coraz bardziej podatni na truciznę. Życie przestaje mieć znaczenie. Adrenalina staje się podstawową potrzebą człowieka. Co z nami jest nie tak? Co musi się stać, żebyśmy się przebudzili? Jakiego "dopalacza" potrzebujemy, żebyśmy wreszcie zaczęli działać zamiast milcząco przystawać na takie dramaty młodych?

15:53, panisum
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 września 2010

Tak, dziś będzie na czarno i pesymistycznie. Dziś nie ma słońca, a nad moim życiem pojawiły się czarne chmury. Ciężkie i nieprzeniknione. Wydaje się, że nigdy nie odejdą.

Dzieci potrafią być okrutne. Okrutnie szczere. Nie umieją być wrażliwe, nie potrafią brać odpowiedzialności za to, jakie budzą uczucia w innych swoimi słowami, gestem, zachowaniem. Dzieci szczerość rozumieją bardzo literalnie. Ich szczerość jest brutalna i bezwzględna. Ale dlaczego tylko ta "zła" szczerość? Czemu nie umieją powiedzieć komuś szczerze czegoś dobrego? Bo dzieci uczą się przez naśladownictwo. I robią dokładnie to, co dorośli, ale w powiększonym szkle. Nam łatwiej wytknąć wady, choć nie zawsze mówimy prosto w oczy. Dzieci uczą się od nas szukać wad. A przerastają nas, bo mówią, co im się nie podoba. Nie owijają w bawełnę.

Dzieci potrafią być okrutne. Mściwe, złośliwe, zazdrosne, egoistyczne. Te umiejętności też nabyły w szkole dorosłych. Zamiast cieszyć się sukcesami innych kolegów czy koleżanek, szukają potknięć, kłamią, oszukują - tylko po to, żeby pognębić nawet przyjaciela. 
Dzieci niemal we krwi mają wyścig szczurów. I nie daj, Boże, żeby ktoś był od nich lepszy.

Patrzę czasami na dzieci i przerażają mnie dorośli. Bo dzieci to nasze karykatury. Nasze wady, słabości i ułomności. Czasami pokazane przez szkło powiększające.

21:02, panisum
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3